Kiedy wychodziłem z lotniska, gdzieś za mną leciało "Quasimodo" SHINee. Aż chciałem się odwrócić do dziewczyny - bo definitywnie słuchać tego mogła tylko dziewczyna - która puściła tą piosenkę na głośnik w telefonie i wykrzyczeć jej prosto w twarz, że ma przestać. Azja była beznadziejna. Skończyłem z nią, to była już przeszłość. Zmarszczyłem gniewnie czoło, chcąc już zaatakować słownie osobę, która sprawiła, że wydarzenia z ostatnich miesięcy do mnie wróciły, ale nie zdążyłem. Zostałem przytulony do pokaźnych rozmiarów biustu. Coś nowego. Może to głupie, ale przez to poczułem, że wreszcie jestem w domu. Żadnych płaskich jak deski modelek i ich operacyjnie powiększanych oczu. Żadnych skretyniałych pożal się boże bookerek, które do pracy chodzą tylko żeby wypić odtłuszczoną kawę i poplotkować z koleżankami. I wreszcie - przede wszystkim! - żadnych zboczonych, skośnookich fotografów gotowych zmacać twój tyłek w kilka sekund, a potem jeszcze rzucić uwagę, że jest nieco zbyt płaski.
Powoli odsunąłem się od ciała matki. Skąd wiedziałem, że to ona? Cóż, tylko ona jedna miała taki wielki biust i była gotowa przytulić mnie do niego na środku ulicy, nie zwracając najmniejszej uwagi na innych ludzi. Poprawiłem swój ukochany, fioletowy płaszczyk od Jil Sander i rzuciłem krytyczne spojrzenie rodzicielce i zaniemówiłem. Przez te kilka miesięcy, kiedy mnie nie było strasznie się zmieniła. O ile jeszcze niedawno sądziłem, że ponad czterdziestoletnia kobieta nie była w stanie wyglądać korzystnie, to teraz zmieniłem zdanie w mgnieniu oka. Ścięła swoje długie włosy i pozbyła się grzywki, dzięki czemu wyglądała znacznie młodziej. Nawet jej twarz wydawała się świeższa, gładsza, a kocia kreska na górnej powiece była wykonana wręcz w perfekcyjny sposób. Boże, miała nawet kolczyki w uszach.
Musiała zauważyć jak uważnie jej się przyglądam z lekkim szokiem w oczach, bo zaraz zaśmiała się cicho.
- Stara matka musiała się dostosować do swojego sławnego syna modela - rzuciła żartem, uśmiechając się do mnie ciepło. - Nie mogę robić ci wstydu choćby wyglądem - dodała i poruszyła lekko brwiami.
Chciałem powiedzieć z grzeczności, że ona nigdy nie robiła mi wstydu, zwłaszcza swoim wyglądem, ale przede wszystkim dlatego, że była to moja matka, coś nie pozwalało mi kłamać. Ona sama przecież dobrze wiedziała. Kobieta zrobiła krok w tył i teraz to ona zaczęła mnie lustrować uważnym spojrzeniem, by na koniec pokiwać głową z aprobatą.
- Wyglądasz znacznie dojrzalej. I na pewno jeszcze bardziej wyładniałeś - rzuciła krótko, nim znów wyciągnęła do mnie ręce i przytuliła mnie mocno, teraz już w normalny sposób, bez przyciskania do piersi. - Tęskniłam za tobą, syneczku...
Nie sądziłem, że tak będzie. Nie sądziłem, że poczuje przyjemne ciepło nad sercem, kiedy matka standardowo wypowie te słowa. Nie sądziłem, że z jej oczu popłyną łzy szczęścia. Naprawdę musiała tęsknić.
- Jedźmy już do domu - szepnęła do mojego ucha matczynym tonem, pomiędzy kolejnymi pociągnięciami nosa.
*
"You want somebody just anybody
To lay their hands on your soul tonight "
To lay their hands on your soul tonight "
Zagryzam wargi aż do bólu, udając, że przez założone na uszy słuchawki, nie słyszę ciągłego, coraz głośniejszego pukania do drzwi. Chciałbym. Przyjechałem tutaj, aby się odprężyć, aby zapomnieć, a tym czasem nikt nie chcę dać mi spokoju.
- Milan, proszę cię, otwórz mi wreszcie! - krzyczy moja siostra, a ja już wiem, że teraz po prostu muszę się z nią przywitać.
Z niechęcią podniosłem się z łóżka, wcześniej tylko wyłączając muzykę z telefonu. Otworzyłem drzwi i znów znalazłem się w czyiś ramionach. Boże, co oni wszyscy mają do tego przytulania! Mimo to nie wyplątują się z ramion siostry, trwając w nich dopóki, dziewczyna sama się nie odsuwa. Uśmiechnęła się natychmiast szeroko, a ja po raz kolejny mam wrażenie, że naprawdę jestem w domu. Bo przecież tu jestem.
- Nic nie powiesz? - zapytała krótko, unosząc ku górze ładnie wyprofilowaną brew. Jakoś instynktownie wiem, co chciałaby ode mnie usłyszeć.
- Tak, Emilo, tęskniłem za tobą - rzuciłem i jakoś tak odruchowo się uśmiechnąłem. Uśmiechnąłem się już kolejny raz tego dnia, do cholery!
Kiedy byliśmy małymi dziećmi byliśmy z Emilką naprawdę blisko, jakbyśmy byli prawdziwymi przyjaciółmi, a nie bratem i siostrą. Nasze buzie nigdy się nie zamykały, w każdej wolnej chwili rozmawialiśmy o głupotach. A teraz po tylu latach staliśmy obok siebie w ciszy, wpatrując się w jeden punkt na podłodze. I miałem wrażenie, że nawet mimo to, wszystko jest na odpowiednim miejscu.
- Naprawdę tęskniłem... - powtórzyłem raz jeszcze, znacznie ciszej, ale teraz wypowiedziałem to szczerze. Nie musiałem unosić głowy, aby wiedzieć, że uśmiecha się do do mnie.
- Chodźmy na kolację.
*
Zawsze miałem idealny talent do spóźniania się. I może tylko dlatego się nie zdziwiłem, kiedy do pokoju zapukała moja matka, krzycząc tak całkiem przy okazji, że za dwadzieścia minut muszę być w szkole. Tak, weekend skończył się zbyt szybko, a ja zaczynałem dzisiaj swój pierwszy dzień w jakiejś szkole. Licea są do dupy.
A mimo to podniosłem się na równe nogi i od razu wciągnąłem na stopy skarpetki. Nawet jeśli już pierwszego dnia mogłem się spóźnić, nie miałem zamiaru się spieszyć. Zarzuciłem na plecy szlafrok i jak zombie skierowałem się do łazienki, w drzwiach niemalże tratując Emile, której jakoś tak nie zauważyłem. Idealnie beznadziejnie. Moje odbicie w lustrze mówiło wszystko. Podkrążone oczy, sine od całonocnego przygryzania wargi, potargane włosy i odciśnięta na policzku poduszka. Kiedy jeszcze pracowałem w Japonii prawie zawsze rano tak wyglądałem. Z tą różnicą, że wtedy musiałem budzić się o piątej rano, a teraz była już niemalże ósma.
Jakimś cudem udało mi się doprowadzić do porządku. Nie było idealnie, ale więcej czasu w łazience spędzić już nie mogłem. Na nogi wciągnąłem purpurowe (a przynajmniej tak nazwała ten kolor jedna z bookerek, dla mnie to był zwykły fiolet) rurki. Do tego tragiczna, biała koszula, która tak jak granatowy krawat, była częścią mojego nowego mundurka i - teraz już moja własna - granatowa marynarka, i naprawdę mogłem wyjść do szkoły. Nie biorąc śniadania, nie mówiąc "do widzenia", zatrzasnąłem za sobą drzwi.
W szkole pomyślałem, że nie będzie tak źle, kiedy szedłem podejrzanie błękitnym korytarzem do odpowiedniej sali. Znaczy, nie będzie tragicznie, bo źle zaczęło być, kiedy jakiś biegnący dzieciak na mnie wpadł. Cholera, miałem ochotę i zamiar wydrapać mu oczy, ale kiedy się odwróciłem już go nie było. Ach, ewentualnie jak jednak będzie tragicznie, to powiem, że gorzej już być nie może.
Przesunąłem się pomiędzy jedną grupką dzieciaków ubranych w stylu emo, a drugą, jakiś chłopaków z deskami pod pachami i zsuwającymi im się z tyłków spodniami. Zapukałem tak na wszelki wypadek, ale już nie czekając na odpowiedź, wsunąłem się do klasy - pustej, ku mojej uciesze. Przy biurku na przeciw drzwi siedział tylko nauczyciel, przeglądający dziennik, ale kiedy wszedłem do środka natychmiast podniósł głowę do góry. Nie był młody, wręcz pewnie zostało mu jeszcze tylko kilka lat do emerytury. Miał siwe włosy i siwą brodę, małe oczka, przesłonięte przez szkła okrągłych okularów, przyjazny uśmiech i jakiś staromodny sweterek na sobie.
- Milan Keith?
Uniosłem brew nie wiedząc o co mu chodzi. To moje imię, ale... Boże! Nie rozpoznałem nawet własnego nazwiska! Pewnie miałem głupią minę, bo nauczyciel zaczął się śmiać. Ale nikt ostatnio nie zwracał się do mnie przez "Keith". W domu rozmawialiśmy po polsku i używaliśmy też polskiego nazwiska, bo moi rodzice byli polakami. W Japonii wszyscy mówili na mnie Milan Kisu, bo tak podobno było łatwiej i lepiej brzmiało. Ale to nie zmieniało faktu, że we wszystkich dokumentach miałem wpisane Keith.
- Tak, to ja - mruknął najciszej jak potrafiłem. Naprawdę chciałem się zapaść teraz pod ziemię, zwłaszcza, kiedy mężczyzna przede mną raz jeszcze się zaśmiał.
- Nie mam pojęcia ile czasu spędziłeś za granicą, ale rozumiem twoje zachowanie. Moja córka, kiedy odwiedza mnie na święta też się tak dziwnie zachowuje. I na Boga! Czasami kiedy mówię do niej po angielsku ona wszystko rozumie, ale i tak odpowiada po francusku - zaczął przyjaznym tonem, nie przestając nawet na moment się śmiać. - W każdym razie, będziesz musiał się przyzwyczaić. Wszyscy w twojej nowej klasie mieszkali przez całe życie w Anglii, większość pewnie nawet w Londynie... Czasami się kłócą i nie dogadują się, ale to dobra klasa, pełna różnych ciekawych osób - opowiadał powoli niezbyt głośnym tonem. Żeby go usłyszeć, musiałem nieco się pochylić.
W końcu przeszedł do tematu podręczników, nadrabiania zaległości, wycieczek klasowych i innych spraw organizacyjnych. I pewnie mówiłby dalej, gdyby nie zadzwonił dzwonek na lekcje, a uczniowie nie zaczęliby się wtaczać do klasy. Ruszyłem razem z nimi i natychmiast zająłem miejsce w drugiej ławce od strony okna, bo podobno tylko tam było wolne. Rozpakowałem podręczniki, udając, że nie dostrzegam jak siadające obok mnie osoby mi się przyglądają.
- Jesteś nowy? Ja jestem...
- Shh! Jak zaczniesz gadać to psor Gilbercik wywali cię za drzwi - syknęła jakaś dziewczyna z ławki przede mną do swojej koleżanki, która już chciała się przedstawiać.
Dziewczyna najwyraźniej się speszyła, bo odwróciła się przodem do tablicy, podgryzając nerwowo ołówek. Naprawdę chciałem poznać jej imię... Ach, nie bierzcie mnie za podrywacza, ale była wprost śliczna i całkowicie w moim typie! Miała duże, ciemne i wyjątkowo niewinne oczy, włosy do pasa w kolorze bardzo jasnego blondu, związane czerwoną kokardą i równie czerwoną spódniczkę. Ustom się nie przyjrzałem, zbyt zajęty byłem podziwianiem ud. Skóra na nich była mleczno biała i wydawała się być taka delikatna, że aż miałem ochotę jej dotknąć.
Nie zrobiłem tego, ale za to ktoś inny dotknął moje uda. Czułem jak silna, męska dłoń układa się na mojej tali, a na moje ciało napiera jakieś inne, chyba nieco większe. Im ten ktoś był bliżej, tym mocniej czułem zapach jego mocnej wody po goleniu. Albo była ohydna, albo byłem uczulony na taki zapach, bo oczy zaczęły mnie szczypać. A ktoś inny uszczypnął skórę na moim biodrze, unosząc do góry róg koszuli.
- Julie jest moja. Jeśli ją dotkniesz, sprawię, że stracisz dziewictwo z kijem od szczotki.
Męski, głęboki szept sprawił, że lekko zadrżałem. Poczułem się słabo i to nie z powodu słów, które wypowiedział mój nowy kolega z ławki, a raczej dlatego, że dotyk jego dłoni zaczął parzyć moją nagą skórę. Dlaczego to było tak cholernie przyjemne...
- Daniel, wszyscy wiemy, że lubisz orgie, ale zanim kogoś zaprosisz do łóżka wypadałoby go najpierw poznać. I zapytać czy przypadkiem nie ma hiv - zaśmiał się ktoś z boku i trochę mnie to oprzytomniło. Ów Daniel też nagle się odsunął, chichocząc wrednie pod nosem. Tak jak reszta klasy.
- Panie Collins, myślałem, że woli pan kobiety - odezwał się nagle nauczyciel unosząc do góry jedną brew. Julie w ławce przede mną zachichotała cicho, rzucając chłopakowi krótkie spojrzenie przez ramię.
- Klaso, poznaj Milana Keith. Milan, poznaj klasę - rzucił jeszcze stary mężczyzna, mrucząc coś pod nosem rozbawiony. - Pogadacie na przerwie, a teraz proszę otworzyć podręcznik na stronie czterdziestej siódmej.
*
Mogłem się spodziewać, że Daniel Collins będzie tym, który jako pierwszy wypadnie z klasy, kiedy usłyszy tylko dzwonek na przerwę. Już wcześniej od nauczyciela dowiedziałem się, że wyjątkowo przez najbliższy miesiąc będziemy mieć lekcje w jednej sali, bo trwa jakiś remont na piętrze i nie można tam wchodzić. Tylko w-f i chemia miały być gdzieś indziej.
- Przepraszam za mojego Danielka - mruknął dziewczyna z ławki przede mną, uśmiechając się przyjaźnie. Nawet jej dołeczki w policzkach były urocze. Też takie miałem, ale moje były raczej brzydkie. - Jestem Juliette Harper, ale mów mi jak chcesz - przedstawiła się wreszcie, na koniec pochylając nad moją ławką i dodając szeptem: - Tylko nie mów na mnie Julie. Nie znoszę tego.
Znów charakterystycznie dla siebie uniosłem brwi ku górze. Jej chłopak mówił na nią Julie. Dlatego nie chciała, żeby ktoś inny tak mówił? Czy może ogółem nie znosiła tego zdrobnienia? Cóż, jej mina i lekko zmarszczony nos utwierdziły mnie w przekonaniu, że jednak to drugie. Daniel Collins musiał być wyjątkiem.
- Dobrze, więc niech będzie Ulie - mruknąłem pod nosem, a dziewczyna na takie zdrobnienie zaśmiała się wesoło, mrucząc pod nosem, że tak nikt jej jeszcze nie nazywał.
Był urocza, cholernie urocza. A jej uroczy śmiech był zbyt uroczy. Urocza.
Pochyliłem głowę do przodu, sięgając po swój plecak, zaczynając w nim grzebać, jakbym faktycznie czegoś szukał. I wtedy zwróciłem na siebie uwagę dwóch wytapetowanych dziewczyn.
- Wow, ma plecak z MCM! Taki sam jak Justin Bieber! - krzyknęła któraś z nich podekscytowana. A ja miałem zamiar im odpowiedzieć, że...
- Nie jak Bieber tylko jak Luhan z EXO!
Tak, właśnie to. Szkoda, że to zdanie nie wyszło z moich ust, a z ust stojącej obok Juliette. Podniosłem na nią zaskoczone spojrzenie, a ta zaśmiała się zakłopotana.
- Pewnie nie wiesz, co to takiego... I w ogóle pewnie nie chcesz słuchać o chińczykach...
- Słuchasz EXO? - przerwałem jej nagle, przygryzając dolną wargę.
Teraz to ona wydawała się zaskoczona. Wpatrywała się we mnie tymi swoimi dużymi, ciemnymi oczami niewinnego zwierzątka, a ja miałem wrażenie, że czas się zatrzymał.
- A więc to prawda, że fanboye EXO są tacy słodcy - przerwała wreszcie tą dziwną ciszę, śmiejąc się radośnie w ten uroczy sposób, zagłuszając dzwonek na lekcje, a nawet siadając na moich kolanach. Ale kiedy drzwi się otworzyły, jak robot poderwała się do góry, wracając na własne krzesło
- Musimy wymienić się numerami - dodał jeszcze, nim kolejny nauczyciel wszedł do klasy, a ja miałem wrażenie, że w te kilka minut ukradła moje serce. I nawet nie zauważyłem, że Daniel uparcie się we mnie wpatruje, marszcząc niezadowolony czoło. I nawet nie usłyszałem jak Julie cicho chichocze pod nosem.
*
Nie było źle, było wręcz genialnie i zajebiście. Do takich wniosków dochodziłem, przekraczając próg szkoły, w dłoni trzymając kartkę z numerem komórki Ulie. Grupka chłopaków, których mijałem wyraźnie się ożywiła.
- Dan, to nie jest dobry pomysł.
Boże, czy ten Daniel ma zamiar mnie prześladować? Gdziekolwiek się nie ruszyłem, w tej szkole wszyscy o nim albo z nim gadali. Czasami nawet na niego wpadałem i zawsze był niezadowolony, kiedy widział mnie z Julie. Szkoda, że to ona chodziła za mną, nie ja za nią, co i tak wcale mi nie przeszkadzało. Wręcz chciałbym mieć takiego uroczego stalkera.
- Dan, może się uspokój. To nie on, to wina Julietty.
I znów ten Dan. Ale na imię mojej nowej przyjaciółki, machinalnie się odwróciłem. I dobrze zrobiłem, chociaż i tak nie miałem czasu na ucieczkę, tak jak zrobiła to reszta chłopaków. Teraz był tylko Daniel, który ewidentnie potrzebował wizyty u psychologa. Może też się z nim wybiorę, bo w tej ciemnej uliczce, ze zmrużonymi złowrogo oczami i potarganymi włosami wydawał mi się nadzwyczaj seksowny. Zwłaszcza, kiedy jego pięść trafiła prosto w mój brzuch. Pierwszego dnia szkoły odkryłem swoje masochistyczne zapędy.
Zawsze miałem idealny talent do spóźniania się. I może tylko dlatego się nie zdziwiłem, kiedy do pokoju zapukała moja matka, krzycząc tak całkiem przy okazji, że za dwadzieścia minut muszę być w szkole. Tak, weekend skończył się zbyt szybko, a ja zaczynałem dzisiaj swój pierwszy dzień w jakiejś szkole. Licea są do dupy.
A mimo to podniosłem się na równe nogi i od razu wciągnąłem na stopy skarpetki. Nawet jeśli już pierwszego dnia mogłem się spóźnić, nie miałem zamiaru się spieszyć. Zarzuciłem na plecy szlafrok i jak zombie skierowałem się do łazienki, w drzwiach niemalże tratując Emile, której jakoś tak nie zauważyłem. Idealnie beznadziejnie. Moje odbicie w lustrze mówiło wszystko. Podkrążone oczy, sine od całonocnego przygryzania wargi, potargane włosy i odciśnięta na policzku poduszka. Kiedy jeszcze pracowałem w Japonii prawie zawsze rano tak wyglądałem. Z tą różnicą, że wtedy musiałem budzić się o piątej rano, a teraz była już niemalże ósma.
Jakimś cudem udało mi się doprowadzić do porządku. Nie było idealnie, ale więcej czasu w łazience spędzić już nie mogłem. Na nogi wciągnąłem purpurowe (a przynajmniej tak nazwała ten kolor jedna z bookerek, dla mnie to był zwykły fiolet) rurki. Do tego tragiczna, biała koszula, która tak jak granatowy krawat, była częścią mojego nowego mundurka i - teraz już moja własna - granatowa marynarka, i naprawdę mogłem wyjść do szkoły. Nie biorąc śniadania, nie mówiąc "do widzenia", zatrzasnąłem za sobą drzwi.
W szkole pomyślałem, że nie będzie tak źle, kiedy szedłem podejrzanie błękitnym korytarzem do odpowiedniej sali. Znaczy, nie będzie tragicznie, bo źle zaczęło być, kiedy jakiś biegnący dzieciak na mnie wpadł. Cholera, miałem ochotę i zamiar wydrapać mu oczy, ale kiedy się odwróciłem już go nie było. Ach, ewentualnie jak jednak będzie tragicznie, to powiem, że gorzej już być nie może.
Przesunąłem się pomiędzy jedną grupką dzieciaków ubranych w stylu emo, a drugą, jakiś chłopaków z deskami pod pachami i zsuwającymi im się z tyłków spodniami. Zapukałem tak na wszelki wypadek, ale już nie czekając na odpowiedź, wsunąłem się do klasy - pustej, ku mojej uciesze. Przy biurku na przeciw drzwi siedział tylko nauczyciel, przeglądający dziennik, ale kiedy wszedłem do środka natychmiast podniósł głowę do góry. Nie był młody, wręcz pewnie zostało mu jeszcze tylko kilka lat do emerytury. Miał siwe włosy i siwą brodę, małe oczka, przesłonięte przez szkła okrągłych okularów, przyjazny uśmiech i jakiś staromodny sweterek na sobie.
- Milan Keith?
Uniosłem brew nie wiedząc o co mu chodzi. To moje imię, ale... Boże! Nie rozpoznałem nawet własnego nazwiska! Pewnie miałem głupią minę, bo nauczyciel zaczął się śmiać. Ale nikt ostatnio nie zwracał się do mnie przez "Keith". W domu rozmawialiśmy po polsku i używaliśmy też polskiego nazwiska, bo moi rodzice byli polakami. W Japonii wszyscy mówili na mnie Milan Kisu, bo tak podobno było łatwiej i lepiej brzmiało. Ale to nie zmieniało faktu, że we wszystkich dokumentach miałem wpisane Keith.
- Tak, to ja - mruknął najciszej jak potrafiłem. Naprawdę chciałem się zapaść teraz pod ziemię, zwłaszcza, kiedy mężczyzna przede mną raz jeszcze się zaśmiał.
- Nie mam pojęcia ile czasu spędziłeś za granicą, ale rozumiem twoje zachowanie. Moja córka, kiedy odwiedza mnie na święta też się tak dziwnie zachowuje. I na Boga! Czasami kiedy mówię do niej po angielsku ona wszystko rozumie, ale i tak odpowiada po francusku - zaczął przyjaznym tonem, nie przestając nawet na moment się śmiać. - W każdym razie, będziesz musiał się przyzwyczaić. Wszyscy w twojej nowej klasie mieszkali przez całe życie w Anglii, większość pewnie nawet w Londynie... Czasami się kłócą i nie dogadują się, ale to dobra klasa, pełna różnych ciekawych osób - opowiadał powoli niezbyt głośnym tonem. Żeby go usłyszeć, musiałem nieco się pochylić.
W końcu przeszedł do tematu podręczników, nadrabiania zaległości, wycieczek klasowych i innych spraw organizacyjnych. I pewnie mówiłby dalej, gdyby nie zadzwonił dzwonek na lekcje, a uczniowie nie zaczęliby się wtaczać do klasy. Ruszyłem razem z nimi i natychmiast zająłem miejsce w drugiej ławce od strony okna, bo podobno tylko tam było wolne. Rozpakowałem podręczniki, udając, że nie dostrzegam jak siadające obok mnie osoby mi się przyglądają.
- Jesteś nowy? Ja jestem...
- Shh! Jak zaczniesz gadać to psor Gilbercik wywali cię za drzwi - syknęła jakaś dziewczyna z ławki przede mną do swojej koleżanki, która już chciała się przedstawiać.
Dziewczyna najwyraźniej się speszyła, bo odwróciła się przodem do tablicy, podgryzając nerwowo ołówek. Naprawdę chciałem poznać jej imię... Ach, nie bierzcie mnie za podrywacza, ale była wprost śliczna i całkowicie w moim typie! Miała duże, ciemne i wyjątkowo niewinne oczy, włosy do pasa w kolorze bardzo jasnego blondu, związane czerwoną kokardą i równie czerwoną spódniczkę. Ustom się nie przyjrzałem, zbyt zajęty byłem podziwianiem ud. Skóra na nich była mleczno biała i wydawała się być taka delikatna, że aż miałem ochotę jej dotknąć.
Nie zrobiłem tego, ale za to ktoś inny dotknął moje uda. Czułem jak silna, męska dłoń układa się na mojej tali, a na moje ciało napiera jakieś inne, chyba nieco większe. Im ten ktoś był bliżej, tym mocniej czułem zapach jego mocnej wody po goleniu. Albo była ohydna, albo byłem uczulony na taki zapach, bo oczy zaczęły mnie szczypać. A ktoś inny uszczypnął skórę na moim biodrze, unosząc do góry róg koszuli.
- Julie jest moja. Jeśli ją dotkniesz, sprawię, że stracisz dziewictwo z kijem od szczotki.
Męski, głęboki szept sprawił, że lekko zadrżałem. Poczułem się słabo i to nie z powodu słów, które wypowiedział mój nowy kolega z ławki, a raczej dlatego, że dotyk jego dłoni zaczął parzyć moją nagą skórę. Dlaczego to było tak cholernie przyjemne...
- Daniel, wszyscy wiemy, że lubisz orgie, ale zanim kogoś zaprosisz do łóżka wypadałoby go najpierw poznać. I zapytać czy przypadkiem nie ma hiv - zaśmiał się ktoś z boku i trochę mnie to oprzytomniło. Ów Daniel też nagle się odsunął, chichocząc wrednie pod nosem. Tak jak reszta klasy.
- Panie Collins, myślałem, że woli pan kobiety - odezwał się nagle nauczyciel unosząc do góry jedną brew. Julie w ławce przede mną zachichotała cicho, rzucając chłopakowi krótkie spojrzenie przez ramię.
- Klaso, poznaj Milana Keith. Milan, poznaj klasę - rzucił jeszcze stary mężczyzna, mrucząc coś pod nosem rozbawiony. - Pogadacie na przerwie, a teraz proszę otworzyć podręcznik na stronie czterdziestej siódmej.
*
Mogłem się spodziewać, że Daniel Collins będzie tym, który jako pierwszy wypadnie z klasy, kiedy usłyszy tylko dzwonek na przerwę. Już wcześniej od nauczyciela dowiedziałem się, że wyjątkowo przez najbliższy miesiąc będziemy mieć lekcje w jednej sali, bo trwa jakiś remont na piętrze i nie można tam wchodzić. Tylko w-f i chemia miały być gdzieś indziej.
- Przepraszam za mojego Danielka - mruknął dziewczyna z ławki przede mną, uśmiechając się przyjaźnie. Nawet jej dołeczki w policzkach były urocze. Też takie miałem, ale moje były raczej brzydkie. - Jestem Juliette Harper, ale mów mi jak chcesz - przedstawiła się wreszcie, na koniec pochylając nad moją ławką i dodając szeptem: - Tylko nie mów na mnie Julie. Nie znoszę tego.
Znów charakterystycznie dla siebie uniosłem brwi ku górze. Jej chłopak mówił na nią Julie. Dlatego nie chciała, żeby ktoś inny tak mówił? Czy może ogółem nie znosiła tego zdrobnienia? Cóż, jej mina i lekko zmarszczony nos utwierdziły mnie w przekonaniu, że jednak to drugie. Daniel Collins musiał być wyjątkiem.
- Dobrze, więc niech będzie Ulie - mruknąłem pod nosem, a dziewczyna na takie zdrobnienie zaśmiała się wesoło, mrucząc pod nosem, że tak nikt jej jeszcze nie nazywał.
Był urocza, cholernie urocza. A jej uroczy śmiech był zbyt uroczy. Urocza.
Pochyliłem głowę do przodu, sięgając po swój plecak, zaczynając w nim grzebać, jakbym faktycznie czegoś szukał. I wtedy zwróciłem na siebie uwagę dwóch wytapetowanych dziewczyn.
- Wow, ma plecak z MCM! Taki sam jak Justin Bieber! - krzyknęła któraś z nich podekscytowana. A ja miałem zamiar im odpowiedzieć, że...
- Nie jak Bieber tylko jak Luhan z EXO!
Tak, właśnie to. Szkoda, że to zdanie nie wyszło z moich ust, a z ust stojącej obok Juliette. Podniosłem na nią zaskoczone spojrzenie, a ta zaśmiała się zakłopotana.
- Pewnie nie wiesz, co to takiego... I w ogóle pewnie nie chcesz słuchać o chińczykach...
- Słuchasz EXO? - przerwałem jej nagle, przygryzając dolną wargę.
Teraz to ona wydawała się zaskoczona. Wpatrywała się we mnie tymi swoimi dużymi, ciemnymi oczami niewinnego zwierzątka, a ja miałem wrażenie, że czas się zatrzymał.
- A więc to prawda, że fanboye EXO są tacy słodcy - przerwała wreszcie tą dziwną ciszę, śmiejąc się radośnie w ten uroczy sposób, zagłuszając dzwonek na lekcje, a nawet siadając na moich kolanach. Ale kiedy drzwi się otworzyły, jak robot poderwała się do góry, wracając na własne krzesło
- Musimy wymienić się numerami - dodał jeszcze, nim kolejny nauczyciel wszedł do klasy, a ja miałem wrażenie, że w te kilka minut ukradła moje serce. I nawet nie zauważyłem, że Daniel uparcie się we mnie wpatruje, marszcząc niezadowolony czoło. I nawet nie usłyszałem jak Julie cicho chichocze pod nosem.
*
Nie było źle, było wręcz genialnie i zajebiście. Do takich wniosków dochodziłem, przekraczając próg szkoły, w dłoni trzymając kartkę z numerem komórki Ulie. Grupka chłopaków, których mijałem wyraźnie się ożywiła.
- Dan, to nie jest dobry pomysł.
Boże, czy ten Daniel ma zamiar mnie prześladować? Gdziekolwiek się nie ruszyłem, w tej szkole wszyscy o nim albo z nim gadali. Czasami nawet na niego wpadałem i zawsze był niezadowolony, kiedy widział mnie z Julie. Szkoda, że to ona chodziła za mną, nie ja za nią, co i tak wcale mi nie przeszkadzało. Wręcz chciałbym mieć takiego uroczego stalkera.
- Dan, może się uspokój. To nie on, to wina Julietty.
I znów ten Dan. Ale na imię mojej nowej przyjaciółki, machinalnie się odwróciłem. I dobrze zrobiłem, chociaż i tak nie miałem czasu na ucieczkę, tak jak zrobiła to reszta chłopaków. Teraz był tylko Daniel, który ewidentnie potrzebował wizyty u psychologa. Może też się z nim wybiorę, bo w tej ciemnej uliczce, ze zmrużonymi złowrogo oczami i potarganymi włosami wydawał mi się nadzwyczaj seksowny. Zwłaszcza, kiedy jego pięść trafiła prosto w mój brzuch. Pierwszego dnia szkoły odkryłem swoje masochistyczne zapędy.